O DAWNYCH WIGILIACH – tekst Jadwigi Sładek

Znów jest zima,

Jest Adwent – czas przygotowań do Świąt Bożego Narodzenia. Po pięknej i ciepłej jesieni dość niespodziewanie już w połowie listopada spadł pierwszy śnieg. Nasypało go dosyć sporo. Od razu zrobiło się świątecznie. Nastały długie zimowe wieczory i wcześnie zapada zmierzch. O szarej godzinie patrząc na lecące z nieba białe płatki śniegu mimo woli nasuwają się wspomnienia. My – starsze pokolenie myślami wracamy do naszego dawno minionego dzieciństwa i wnukom zamiast bajek opowiadamy o tym, jak to dawniej bywało. Zwłaszcza teraz w okresie Adwentu odżywają wspomnienia dawnych Świąt Bożego Narodzenia.

Każdy z nas ma w pamięci inne przeżycia z tego okresu, ale każdemu z nas dom rodzinny i święta kojarzą się z poczuciem ciepła i bezpieczeństwa. Byłam dzieckiem, gdy skończyła się wojna. Mój dom rodzinny był taki jak, jak cała powojenna bieda. Choć teraz mam dom inny – lepszy, zamożniejszy, to jednak tamten śni mi się po nocach. Co takiego w nim było, że wciąż wracam do niego myślą i sercem? Sercem tego domu byli rodzice, a przede wszystkim mama. Ona tworzyła tę niesamowitą atmosferę, to ona sprawiała, że mimo biedy byliśmy w nim szczęśliwi. Myślę, że niejeden z Was może to samo powiedzieć o swoim domu rodzinnym. Nasze powszednie dni były zwykłe, szare i monotonne. Ale gdy zbliżały się Święta Bożego Narodzenia dom się zmieniał, nabierał barw i życia. Przygotowania do nich rozpoczynały się już w Adwencie.

Następował wtedy czas ciszy, postu i nabożeństw. Ludzie zamykali się przed wichrem i słotą w swoich domostwach. Jedynie kobiety i dziewczyny schodziły się, by w długie wieczory drzeć pierze.

Pracę umilały sobie śpiewaniem nabożnych pieśni i opowiadaniem legend i baśni. Kiedy wieczorami wiał silny wiatr za oknami – a tak się często w Adwencie zdarzało – opowiadała nam mama o jeźdźcach Apokalipsy. Wsłuchiwaliśmy się w szum wiatru i bliżej przysuwaliśmy się do jedynego źródła światła jakim była lampa naftowa. Baliśmy się wyjść z domu. Im bliżej Świąt – tym więcej było roboty. Trzeba było odświeżyć cały dom. Umyć okna, wyszorować meble i drewniane podłogi, przebrać łóżka, a nawet zmienić słomę w siennikach.

Na tydzień lub dwa przed świętami piekło się pierniki. Cały dom pachniał goździkami, cynamonem i innymi przyprawami. Ten zapach połączony z zapachem jabłek już na zawsze będzie mi przypominał święta mego dzieciństwa. I chociaż dzisiaj mamy w sklepach ogromny wybór różnych pierników i ciastek świątecznych – to zawsze piekę w domu tradycyjne pierniki. Przekazujemy naszym dzieciom i wnukom tradycje wyniesione z domów rodzinnych, a przekazywane nam kiedyś przez nasze babcie i mamy. Bo te tradycje, szczególnie te wigilijne urozmaicają życie rodzinne. W ten sposób łączymy się też z minionymi pokoleniami. Dlatego trzeba podtrzymywać je i nie zubożać. Jak napisał ktoś

„Najważniejsze jest by gdzieś istniało to, czym się żyło. I zwyczaje i święta. I dom pełen wspomnień.”

Najpiękniejszym dniem była oczywiście i jest nadal – Wigilia, pomimo, że 25 grudnia – Boże Narodzenie jest świętem on wiele ważniejszym. Że tak jest, sprawia bogata tradycja, atmosfera tajemniczości, niezwykłe zapachy a przede wszystkim uroczysty nastrój. Wiele tradycji wyniesionych z domu rodzinnego przenieśliśmy do naszych domów, ale wiele z nich już prawie ginie. Oto kilka przykładów: W Wigilię gospodynie były ciekawe, kto do nich pierwszy przyjdzie, bo od tego zależało co im w oborze przybędzie. Jeśli pierwszy był mężczyzna to należało spodziewać się byczka, jeśli kobieta – to cieliczka. W wigilię rano chodziło się też do lasu po drzewo, a kto jeszcze nie miał – to po choinkę. Jeżeli nie spotkał ich leśniczy to cały rok mogli bez obawy do lasu chodzić. Każdy chłop też obowiązkowo musiał w wigilię ,,zalać chroboka” żeby go przez cały następny rok nie gryzł. W każdym domu już od rana gotowano świąteczną wieczerzę. Kołocze były już wcześniej upieczone. Pachniały one w komorze serem, makiem i powidłami lub marchwią. Były też upieczone ,,buchty” czyli babki i sztrucle. W kuchni na piecu gotowała się moczka i ,,siemieniotka” czyli zupa z nasion konopi. Dziś już mało kto potrafi ugotować taką siemieniotkę. Wymagało to wiele pracy. Nasiona konopi opłukane i przebrane musiały się długo gotować. Potem gospodyni tłukła je specjalnym drewnianym tłuczkiem przelewała wywarem przez sito i znów gotowała i przelewała. Do tego potem dodawała zmielonej kaszy, masła i odpowiednio doprawiała. Jadło się ją ze specjalnie upieczonymi małymi plecionkami. Łuskami z konopi obrzucano w sadzie drzewa, żeby miały dużo owoców. Na wieczerzę przygotowywano jeszcze zupę grochową, kapustę, ziemniaki a na koniec smażyło się ryby. Wszystko oczywiście na maśle, nic na smalcu, bo był post. Czasami w ciągu dnia dostaliśmy po kawałku słonego śledzia i wody, ale więcej nic. Dlatego też dzieci z niecierpliwością wyglądały pierwszej gwiazdy na niebie. Powoli nadchodził wieczór, ten jedyny niepowtarzalny wieczór w roku. Wieś się wyciszała. Na niebie zapalały się gwiazdy, a okna domów rozjaśniały się światłami choinek. Szykowano się do wigilijnej wieczerzy. A w dalekim Betlejem przyszedł tej nocy na świat Syn Boży. Chwała Mu na wysokości.

tekst: Jadwiga Sładek

grafika i udźwiękowienie: D.Poborski 2026

polecane:



Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z Jankowice

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej