O tym, jak się dawniej w Jankowicach wesela odbywały...
Jest karnawał – czas zabaw i wesel. Co sobotę gdzieś grają, tańczą. Ludzie się bawią i cieszą. Bo i cóż im zostało w obecnych czasach? Jest środek zimy, wszędzie śnieg i mróz, a do wiosny jeszcze daleko. Wprawdzie już dawno minęło święto Nawrócenia św. Pawła, co to starzy ludzie mówili – połowa zimy przepadła, ale teraz wszystko jest inaczej. Zima czasami kończy się dopiero w kwietniu.
audiobook – kliknij i posłuchaj
Napisałam – wszystko jest inaczej, bo tak jest, my starzy tak to odczuwamy. Nie tylko pory roku inaczej się zaczynają i inaczej kończą. Nawet przysłowia już się nie sprawdzają, a cóż dopiero mówić o naszych tradycjach.
Dlatego też, celem przypomnienia młodym i ku ich pamięci, chcę dzisiaj opisać, jak to dawniej u nas wesela się odbywały.
Każda dziołcha na wydaniu musiała mieć wiano. Na wiano składało się: jedna lub dwie pierzyny i poduszki, poszwy, ręczniki, garnki, wiadra, kulok na nudle, dzieżka i słomionka do chleba, beczka na kapustę, rompla i wanienka, a dziewczyny z bogatych gospodarstw dostawały jeszcze krowę, cielę, masniczkę, a czasem nawet kawałek pola.
Karlus, który chodził na zolyty, musiał jeszcze rodzicom przypaść do gustu i z szacunkiem odnosić się do przyszłych teściów. Kiedy rodzice stwierdzili, że zolytnik spełnia wszystkie ich wymagania, zaczynali już pomału myśleć o weselu.
Wesela zawsze odbywały się w domu młodej pani. Trzeba było na wesele uchować pięknego wieprzka, do tego jeszcze szykownego byczka, nasadzić kwokę, żeby były kurki na zupę i „kokotki” na mięso.

Biedniejsi rodzice musieli to wszystko kupić – zamawiali wcześniej u gospodarzy świnię lub cielę. Zaczynano też zbierać jajka, które – jak słyszałam – zbierało się do beczek i przesypywano plewami, żeby się nie zepsuły.
Następnie młodzi dawali na „opowiedzi”. W trakcie ich trwania młoda pani chodziła do kościoła na mszę świętą, na której ksiądz nie czytał już „opowiedzi”.
Po pierwszej „opowiedzi” chodziło się prosić gości. Na tydzień lub dwa przed weselem przychodziły kucharki piec kołacze. Dzień wcześniej zaproszeni goście, sąsiedzi i znajomi przynosili tzw. pocztę – były to jajka, masło, mleko, ser, mąka, cukier itp. Kołacze piekło się w dużej ilości, aby starczyło na rozdanie. Kucharki starały się upiec je jak najsmaczniejsze, żeby ludzie nie obgadali.
A doma – teraz w domu młodej pani zaczynał się „istny rejming”. Trzeba było powynosić meble, najczęściej do stodoły, żeby było miejsce w izbie na rozkładanie kołaczy. Muszę w tym miejscu zaznaczyć, że kołacze czy chleb piekło się w domu – prawie w każdym gospodarstwie był piec do pieczenia, tzw. „piekarok”.
Potem przyszedł czas na zabijanie. Gospodarz pomagał masarzowi, a gospodyni z kucharkami miała w kuchni inne zajęcia – jedne przygotowywały mięso, inne skubały kury i gęsi, jeszcze inne kulały „nudle” albo piekły pierniki.
Dzień przed weselem do izby przynoszono stoły wyniesione wcześniej do stodoły. Brakujące pożyczano od sąsiadów. Najczęściej, kiedy już wszystko było posprzątane, podłogi umyte, a podwórko pozamiatane, chłopcy ze wsi (niezaproszeni) wrzucali młodej pani do sieni różne puszki, potłuczone szkło i inne rupiecie. Całe sprzątanie zaczynało się od nowa.
W dzień wesela już od samego rana przychodzili goście. Jedne z pierwszych były ciotki i „drużki”. Te ostatnie pomagały młodej pani się ubrać i uczesać. Młoda pani obowiązkowo miała na głowie wieniec z mirtu i długi welon. Nasze prababcie, które ślub brały „po chłopsku”, również tak szły do ślubu. Jak taki strój wyglądał, można dziś zobaczyć tylko na starych fotografiach.
Kiedy już młoda pani była wystrojona, przyjeżdżał młody pan z druhbami, orkiestrą i swoim starostą. Niestety zastawali drzwi domu zamknięte. Po dłuższym pukaniu wychodził starosta młodej pani. Zaczynało się targowanie – młody pan, chcąc mieć taki piękny „kwiatuszek” (jak nazywano młodą panią), musiał ją wykupić. Starosta rzucał na tacę parę pieniędzy i przyprowadzano… kucharkę. Okazywało się, że to nie ta. Znowu młody pan dorzucał parę groszy – przyprowadzano druhnę. Ta też nie była ta właściwa, ale zaczynała się wypominać panu młodemu: „Nie pamiętasz, na odpustach wodziłeś mnie od budy do budy, kupowałeś mi paskudy – a teraz mnie nie chcesz?”. Niestety to nie pomagało. Pan młody musiał dać na tacę sporą kupkę pieniędzy, a często jeszcze dołożyć złoty pierścionek lub zausznice. Dopiero wtedy przyprowadzano prawdziwą wybrankę.
Potem zapraszano wszystkich na śniadanie. Po śniadaniu rodzice dawali dzieciom błogosławieństwo na nową drogę życia.
Po błogosławieństwie orkiestra grała pięknego weselnego marsza i szykowano się do kościoła. Najpierw na „baloniokach” pięknie przystrojonych jechali goście, potem orkiestra, a na końcu na bryczce państwo młodzi. Zanim dojechali do kościoła, mijało sporo czasu, bo co kawałek zastawiano weselników. Przepuszczano ich dopiero wtedy, gdy dostali gorzałkę, a dzieci cukierki. Ten zwyczaj dotrwał jeszcze do naszych czasów.
Po ślubie znowu formował się orszak, ale tym razem młode państwo jechało na przedzie. Wszyscy udawali się na obiad do domu młodej pani. Po obiedzie przyjeżdżał fotograf i robił wspólne zdjęcie. A potem ustawiał się orszak i z muzyką szli do sali tańczyć.
Największą uciechę miały dzieci, bo muzykanci grali dla nich kawałek, a młode państwo rzucało im cukierki. Wielką uciechę miały też baby ze wsi – stały pod oknami, przyglądały się weselnikom i obgadywały wszystkich, a najwięcej młodą parę. Czasami wychodził do nich któryś ze starostów i częstował je wódką weselną.
Około godziny 18-tej orkiestra, młoda para i goście szli do domu na wieczerzę. Po wieczerzy wszyscy znowu szli do sali dalej tańczyć. Przed północą państwo młodzi musieli salę opuścić i udać się do domu. Orkiestra grała dla nich specjalny kawałek, a goście śpiewali: „Idźcie drużeczki łóżko słać, bo młodzi panowie idą spać”. Młoda para, odprowadzona przez drużki i druhbów, udawała się do domu. Reszta bawiła się dalej wesoło.
Na drugi dzień były „poprawiny”, najczęściej u młodego pana.
A potem – jak w bajce – żyli długo i szczęśliwie…
tekst: Jadwiga Sładek
udźwiękowienie i rekonstrukcja fotografii archiwalnych: D.Poborski 2026

Tekst upamiętnia zawarcie związku małżeńskiego:
Karl Belkius (imię i nazwisko pana młodego)
Marie Belkius (imię i nazwisko panny młodej po mężu)
geb. Dolla (skrót od geborene – z domu Dolla)
getr. den 23. 8. 1920. (skrót od getraut – zaślubieni dnia 23 sierpnia 1920 roku)
Na dole znajduje się również mały, ozdobny stempel lub motyw graficzny (prawdopodobnie przedstawiający splecione dłonie, symbol wierności i małżeństwa, bądź motyw kwiatowy).
Tego typu bogato zdobione serduszka z jedwabiu lub satyny, z koronkową kryzą, były na początku XX wieku tradycyjnym elementem ślubnym w wielu regionach (w tym bardzo powszechnie na Śląsku). Wręczano je gościom weselnym, przypinano jako kotyliony albo stanowiły centralną część ślubnej pamiątki, którą później oprawiano w głęboką ramę (tzw. Hochzeitsbild) wraz z wiankiem panny młodej i ślubnymi fotografiami.







