Historia Erny Mandrysz jest zarazem historią kilku pokoleń mieszkańców Jankowic.
Urodzona 25 czerwca 1925 roku jako Ernestyna Pastuszek (Pastuschek), przeżyła ponad sto lat, pozostając przez większą część życia związana z rodzinną miejscowością. Jej biografia obejmuje czasy przedwojennej wsi, okupację i II wojnę światową, pierwsze trudne lata powojenne, przemiany społeczne i gospodarcze drugiej połowy XX wieku, a następnie kolejne dziesięciolecia, w których Jankowice zmieniały swoje oblicze. Dziś, mając 101 lat, pozostaje jednym z najstarszych żyjących świadków historii wsi.
Erna przyszła na świat w rodzinie Pastuszków. Była drugą córką Agnieszki i Roberta Pastuszków. Wychowywała się wraz ze starszą siostrą w domu, w którym życie rodzinne podporządkowane było przede wszystkim pracy i codziennej trosce o utrzymanie rodziny. Jej ojciec Robert należał do bardziej znanych XX wiecznych mieszkańców Jankowic. Przez wiele lat pełnił funkcję sołtysa, a jego nazwisko zachowało się w pamięci starszych mieszkańców wsi. Jego życie zawodowe nie było jednak łatwe. W młodości uległ wypadkowi podczas pracy w kopalni, w następstwie którego otrzymał skromną rentę inwalidzką. Nie oznaczało to jednak rezygnacji z aktywności. Aby utrzymać rodzinę, podejmował różne zajęcia, między innymi pracował jako woźny w miejscowej szkole. Matka Erny, Agnieszka, zajmowała się natomiast domem i wychowaniem córek.
Dzieciństwo i młodość Erny przypadły na czas, gdy Jankowice były jeszcze typową śląską wsią, a droga życiowa młodych ludzi bardzo wcześnie wiązała się z koniecznością podjęcia pracy. Erna wraz z siostrą ukończyła miejscową szkołę podstawową w Jankowicach.

Po ukończeniu szkoły Erna szybko rozpoczęła życie zawodowe. Jak sama po latach wspominała, ojciec powiedział córkom: „Chcecie się stroić, to musicie iść do pracy”. W wieku piętnastu lat zaczęła zarabiać własne pieniądze, podejmując pracę w lesie. Było to doświadczenie charakterystyczne dla wielu mieszkańców Jankowic, których życie od pokoleń pozostawało związane z rozległymi kompleksami Lasów Rudzkich. Praca w lesie nie była zajęciem lekkim, lecz dla młodej dziewczyny stanowiła początek samodzielności i pierwszego kontaktu ze światem pracy.
Wkrótce Erna za namową koleżanki spróbowała swoich sił w Raciborzu. Przez kilka wiosennych sezonów pracowała w kwiaciarni. Do miasta dojeżdżała z Szymocic, co pokazuje, jak już w młodości jej życie zaczęło wykraczać poza najbliższe otoczenie Jankowic. To właśnie podczas jednej z takich podróży poznała Józefa Mandrysza (całe życie zawodowe Józefa związane było z koleją – pracował jako kolejarz w Rybniku, był również maszynistą na rudzkiej kolei wąskotorowej.), młodego mieszkańca Suminy, miejscowości położonej po polskiej stronie ówczesnej granicy.

Spotkanie to rozpoczęło historię związku, który miał przetrwać wojnę i niemal pół wieku wspólnego życia. Początek ich znajomości przypadł jednak na szczególny moment. Nadchodziła wojna, a młodych ludzi bardzo szybko rozdzieliły wydarzenia, na które nie mieli wpływu. Józef został powołany do wojska i wyruszył do koszar.
Dla Erny rozpoczął się czas oczekiwania. Jednym z najważniejszych źródeł kontaktu z ukochanym stały się listy. Jeszcze przed wysłaniem Józefa na front otrzymał on przepustkę. Wkrótce jednak napisał do Erny, prosząc, aby to ona przyjechała się z nim zobaczyć, ponieważ miał wyruszyć „w nieznane”. Erna pojechała wraz ze szwagierką do Opola. Spotkanie trwało zaledwie około półtorej godziny. W jego trakcie ogłoszono alarm, zbiórkę i rozkaz wyjazdu. Było to ostatnie spotkanie młodych na długi czas.
Powrót do Jankowic okazał się dla obu kobiet niezwykle trudny. Pociągi zostały odwołane i nie mogły wrócić koleją. Przez dwa dni szły pieszo w stronę domu. Za Kędzierzynem znalazły nocleg w opuszczonym domu. Następnie, po dotarciu w okolice Nędzy, pomógł im furman z Górek Śląskich. Po drodze mijały kolumny żołnierzy, którzy nawoływali dziewczęta, by poszły z nimi. Erna wspominała później, że w tamtej chwili myślała wyłącznie o Józefie.
Wojna nie przerwała ich związku. W 1944 roku Józef otrzymał przepustkę i właśnie wtedy młodzi zdecydowali się na ślub. 26 listopada 1944 roku Erna Pastuszek została żoną Józefa Mandrysza. Ceremonia odbyła się w rudzkim kościele parafialnym, a sakramentu udzielił ksiądz Emil Jatzek. Okoliczności były niezwykłe. Józef przebywał wówczas na miesięcznym zwolnieniu lekarskim od służby wojskowej, związanym z urazem nogi. Ten krótki okres pozwolił młodym zawrzeć małżeństwo, choć wojna jeszcze się nie skończyła.
Po ślubie młodzi początkowo zamieszkali w Suminie, rodzinnej miejscowości Józefa. Ich życie nadal pozostawało jednak związane z Jankowicami. Wkrótce wojna dobiegła końca, a Józef wrócił z frontu. Według wspomnień Erny był pierwszym żołnierzem, który powrócił z wojny do Jankowic. Mimo rany nogi przebył część drogi pieszo.
Powrót do rodzinnej wsi nie oznaczał jednak natychmiastowego bezpieczeństwa. W pierwszych miesiącach po zakończeniu wojny mieszkańcy żyli w atmosferze niepewności. Po okolicy poruszały się patrole, pojawiali się żołnierze Armii Czerwonej. Erna zapamiętała szczególnie jedną noc, kiedy do domu Pastuszków zapukali czerwonoarmiści. Pytali o Józefa i chcieli, aby wyszedł razem z nimi. Erna stanowczo odmówiła. W obronie młodego małżeństwa stanął także jej ojciec Robert, któremu udało się doprowadzić do odejścia nieproszonych gości.
Dla bezpieczeństwa Erna i Józef zdecydowali się wówczas przenieść czasowo do Suminy, do rodziny Józefa. Był to jeden z wielu momentów, kiedy los młodego małżeństwa zależał od sytuacji politycznej i wojennej, a nie od ich własnych planów.
Po ustabilizowaniu sytuacji Józef podjął pracę na kolei w Rybniku. Praca kolejarza miała dla rodziny również bardzo praktyczne znaczenie. Dzięki uprawnieniom kolejowym Erna mogła korzystać z bezpłatnych przejazdów. Wykorzystywała tę możliwość, jeżdżąc między innymi do Piotrkowa i Tarnowskich Gór. Z tamtych stron przywoziła produkty, których brakowało w powojennej rzeczywistości, między innymi słoninę, a nawet żywe prosięta. Jak wspominała po latach, w innych częściach kraju można było kupić niektóre towary znacznie taniej, dlatego przywożenie ich na Śląsk miało sens ekonomiczny.
W pierwszych latach małżeństwa na świat przychodziły kolejne dzieci. Rodzina Mandryszów doczekała się czworga dzieci: Alfreda, Bogdana, Wincentego i córki Stefanii (najstarszy syn – Alfred – zmarł w trudnych czasach wojny).
Rodzina po kilku przeprowadzkach ostatecznie znalazła mieszkanie w domu celnym w Jankowicach. To właśnie tam dorastało kolejne pokolenie. Erna zajmowała się domem i wychowaniem dzieci, podobnie jak wcześniej jej matka Agnieszka. Życie rodziny było mocno związane z pracą Józefa. W przekazach rodzinnych zachowała się informacja, że pracował jako maszynista na rudzkiej kolejce wąskotorowej. Erna natomiast swoje życie zawodowe łączyła z pracą na roli oraz zatrudnieniem w Nadleśnictwie Rudy Raciborskie.
W ten sposób jej dorosłe życie ponownie splatało się z dwoma podstawowymi elementami krajobrazu i gospodarki Jankowic — ziemią i lasem. Nie była więc jedynie gospodynią domową, choć to właśnie prowadzenie domu i wychowanie dzieci stanowiło zasadniczą część jej codziennych obowiązków. Praca poza domem uzupełniała rodzinne źródła utrzymania.
W 1960 roku, po latach starań, Mandryszowie wprowadzili się do własnego domu w Jankowicach. Przy jego budowie pomagali już także ich dorastający synowie i córka. Dom stał się najważniejszym miejscem życia kolejnego pokolenia. To tutaj dorastały dzieci Erny i Józefa, tutaj pojawiali się później ich małżonkowie, a z czasem także wnuki i prawnuki. Wspomnienie tego domu obejmuje zatem kilka pokoleń rodziny Mandryszów.
Kolejne dekady przynosiły wydarzenia charakterystyczne dla życia każdej rodziny — śluby dzieci, narodziny wnuków, chwile szczęścia, ale również choroby, śmierć i rozstania. Erna i Józef przeżyli wspólnie niemal pięćdziesiąt lat. Ich małżeństwo zakończyła dopiero śmierć Józefa 12 marca 1994 roku, zaledwie kilka miesięcy przed przypadającym na listopad jubileuszem pięćdziesięciolecia małżeństwa.
Długowieczność Erny nie oznaczała jednak wycofania z życia. Jeszcze w wieku dziewięćdziesięciu lat podkreślała, że potrafi sama ugotować, zrobić porządek czy wyprać rzeczy. Nie interesowała się szczególnie telewizją. Znacznie ważniejszy był dla niej bezpośredni kontakt z dziećmi i wnukami. To właśnie rodzina pozostawała przez całe życie najważniejszym źródłem jej codziennej radości.

Ważne miejsce w jej życiu zajmowała również religia. Erna przez lata regularnie uczestniczyła we mszach w kościele. Zapytana w 2015 roku o tajemnicę długiego życia, odpowiadała bez patosu, że przeszła już poważne operacje, ale „zawsze jakoś się udało”, a następnie dodawała: „Chyba Bóg mi pomaga”. Jej wspomnienie o własnej długowieczności nie miało więc charakteru recepty czy programu zdrowotnego. Było raczej wyrazem wiary i pogodzenia się z własnym losem.

Erna zachowała także upodobanie do tradycyjnej kuchni. W rozmowie z okazji dziewięćdziesiątych urodzin wspominała, że zawsze lubiła swojskie, tłuste jedzenie, dużo mięsa i kozie mleko. W pewnym sensie również ten szczegół dobrze wpisuje ją w świat dawnej śląskiej wsi, w którym żywność pochodziła przede wszystkim z własnego gospodarstwa lub najbliższego otoczenia.
W 2016 roku, mając 91 lat, Erna opuściła Jankowice i zamieszkała u córki Stefanii w Rydułtowach. Nie oznaczało to jednak zerwania więzi z rodzinną miejscowością. Przeciwnie — według późniejszych relacji nadal uważa się za stuprocentową jankowiczankę. Co roku przyjeżdża na organizowany w Jankowicach Dzień Seniora, spotykając się z mieszkańcami i przedstawicielami lokalnej społeczności. Jankowice pozostały więc jej miejscem pochodzenia, pamięci i tożsamości, nawet jeśli codzienne życie od kilku lat toczy się już poza wsią.
25 czerwca 2025 roku Erna Mandrysz ukończyła sto lat. Jubileusz miał szczególny charakter nie tylko dla rodziny, ale również dla lokalnej społeczności. Odwiedzili ją przedstawiciele gminy Kuźnia Raciborska oraz Jankowic.

Z okazji setnych urodzin otrzymała także list z życzeniami od prezesa Rady Ministrów. W tym czasie była już nie tylko najstarszą przedstawicielką własnego rodu, lecz także żywą pamięcią kilku pokoleń mieszkańców Jankowic.
Rok później, w czerwcu 2026 roku, świętowała 101. urodziny. Mimo wieku nadal imponowała sprawnością fizyczną i pamięcią. Szczególnie wymowny jest przekaz, że daty i fakty dotyczące własnego życia potrafiła podawać bez wahania. Jej pamięć stała się w ten sposób czymś więcej niż rodzinną pamiątką — jest świadectwem świata, który w dużej mierze już nie istnieje.
Po śmierci męża Erna pozostała w Jankowicach, otoczona rodziną. Z czasem jej rodzina rozrosła się do kilku pokoleń. Doczekała się dziewięciorga wnuków i trzynastu prawnuków. W 2025 roku, w setną rocznicę urodzin, rodzina powiększyła się również o praprawnuki. Według najnowszych przekazów z 2026 roku Erna ma już czworo praprawnucząt.
Dziś, 12 września 2026 roku, Erna Mandrysz ma 101 lat. Jej życie obejmuje niemal dokładnie cały okres od przedwojennej Jankowic do współczesności.
Jej biografia jest więc czymś więcej niż historią długiego życia jednej osoby. To opowieść o przemianach Jankowic widzianych z perspektywy jednej mieszkanki — od świata, w którym piętnastoletnia dziewczyna zaczynała pracę w lesie, poprzez wojenną zawieruchę, powojenną biedę i budowę własnego domu, aż po czasy, w których ta sama kobieta, jako 101-letnia seniorka, nadal wraca do swojej rodzinnej wsi na spotkania z mieszkańcami.
W przypadku Erny Mandrysz szczególnie wyraźnie widać, że historia miejscowości nie składa się wyłącznie z dat, dokumentów i wydarzeń politycznych. Tworzą ją także biografie ludzi, którzy przez dziesięciolecia pozostawali częścią lokalnej wspólnoty. Erna należy do pokolenia, którego pamięć sięga świata przedwojennego, a jednocześnie obejmuje doświadczenie niemal całej historii Jankowic XX wieku i pierwszego ćwierćwiecza XXI stulecia.

Dlatego jej wspomnienia mają wartość nie tylko rodzinną. Są jednym z tych nielicznych żywych świadectw, dzięki którym można spojrzeć na historię Jankowic nie tylko przez pryzmat wydarzeń, lecz także przez codzienne życie ich mieszkańców — pracę, rodzinę, miłość, wojnę, powroty, budowę domu, wychowanie dzieci i przywiązanie do miejsca, które przez dziesięciolecia pozostawało ich małą ojczyzną.
OCALMY PAMIĘĆ O NASZYCH PRZODKACH
Zachęcamy wszystkich mieszkańców Jankowic do dzielenia się opowieściami o swoich rodzicach, dziadkach i przodkach. Ich życie, codzienność, praca, rodzinne historie i wspomnienia są częścią historii naszej wsi.
Ocalmy ich od zapomnienia.
Jeśli posiadasz rodzinne wspomnienia, fotografie, dokumenty lub znasz historie, które warto zachować – podziel się nimi z nami – KONTAKT
na podstawie wpisów H. Machnika
oraz:
https://www.nowiny.pl/wiadomosci/110570-90-lat-prababci-erny-mandrysz-co-ma-nietypowa-diete.html
więcej:

Zostaw odpowiedź